Krótka historia Sally May
Do czytelników:
Nie chce umieszczać na tym blogu jednej, konkretnej historii. Będę tu zamieszczać zarówno jednoczęściówki jak i dłuższe opowiadania. Oto pierwsze z nich. Napisałam je już dość dawno temu. Jest w lekkim potterowskim klimacie. Mam nadzieję, że się spodoba.
Szedł. Nie miał żadnego konkretnego celu. Chciał po prostu iść, iść przed siebie. Wiał zimny wiatr i padał śnieg. Nie czuł tego. Niestety na drodze stanęło mu jezioro. Wielkie jezioro, z wielką kałamarnicą, które mógł tylko obejść dookoła. Nie chciał. Za dużo wspomnień. Wszedł na pomost. Usiadł pomimo śniegu leżącego na ziemi. Spojrzał prosto w oczy swojemu odbiciu i zapytał:
- Dlaczego właśnie ona?
Chciał krzyczeć. Wiedział, że to nie pomoże. Chociaż podobno krzyk oczyszcza duszę. Wstał, a z kieszeni mokrych spodni wypadło mu zdjęcie. Obserwował chwilę jak kręcąca się wkoło postać opada w wodę coraz niżej i niżej, i niżej. W końcu zniknęła zagarnięta przez mackę kałamarnicy. Ruszył. Znowu przed siebie, znowu bez celu.
Drobna jedenastoletnia blondynka stała sama na dworcu King Cross z wielkim kufrem i klatką na wózku bagażowym. Spojrzała na swój bilet.
„No tak... Z pewnością znajdę tu peron 9 i ¾.”
Rozejrzała się dookoła. 3 metry na prawo od niej stał czarnowłosy chłopak, także z kufrem i klatką. Pomyślała, że on będzie wiedział jak dostać się na ten cały peron. Pchnęła wózek w jego kierunku. Odniosła wrażenie, że on na kogoś czeka.
- Przepraszam - powiedziała dość pewnie. - Wiesz może jak dostać się na peron 9 i ¾? - miała nadzieję, że jej nie wyśmieje.
- Jasne - uśmiechnął się do niej wesoło. - Widzisz tą barierkę między 9 a 10 peronem?
Dziewczynka przytaknęła.
- Musisz po prostu w nią wjechać. Nie martw się nic ci się nie stanie - powiedział widząc dziwną minę dziewczynki. - Jeżeli się boisz pójdę z tobą.
- Nie trzeba - blondyneczka zrobiła odważną minę. - Poradzę sobie - i pewnie ruszyła na barierkę z bagażem, który zasłaniał jej całą drogę.
Mimo to jakoś trafiła i po chwili zniknęła chłopakowi z oczu.
„Dziwne dziecko.”
Zapałał jednak pewną sympatią do dziewczynki.
Mała Sally była zdecydowanie za niska jak na swój wiek. Mimo to podobało jej się bycie wiecznie tą „małą”. Jednak przydałoby jej się teraz parę centymetrów więcej żeby włożyć kufer na półkę. Po paru próbach poddała się i zostawiła go na ziemi. Tak bardzo nawet jej nie przeszkadzał. Pociąg ruszył. Dziewczynka usiadła przy oknie i obserwowała przewijające się widoki. Drzwi przedziału otworzyły się i Sally zwróciła w tym kierunku swoje błękitne oczy.
- Można? Wszędzie straszny tłok... - zapytał chłopak, którego spotkała na stacji.
- Jasne - odpowiedziała uśmiechając się do niego.
Był sam. Widać ktoś, na kogo czekał, nie pojawił się.
- Włożyć twój kufer na półkę? Będzie nam mniej przeszkadzał.
Dziewczynka pokiwała głową.
- Nazywam się Mark Peterson, piątoklasista z Ravenclawu.
- Sally May, pierwszoroczna.
Na pewien moment zapadła cisza. Dziewczynka znów spoglądała w okno. Mark przyglądał jej się przez chwilę. Sally była naprawdę uroczą dziewczynką. Miała duże błękitne oczy i jasne włosy zaplecione w dwa warkoczyki.
- Czemu byłaś sama na peronie? Bo niewątpliwie byłaś sama - zapytał.
- Rodzice nie mogli ze mną przyjść, pracują - powiedziała to z wyczuwalną pogardą. - A ty? Miałam wrażenie, że na kogoś czekasz, a teraz jesteś sam.
- Czekałem, ale się nie doczekałem.
- Czasem tak bywa - uśmiechnęła się pocieszająco.
- Tak, czasem tak bywa... - spojrzenie chłopaka pogrążyło się w widoku za oknem.
Blondyneczka poszła za jego przykładem.
- Mark, Mark! - krzyczała dwunastoletnia dziewczynka wbiegając do pokoju wspólnego Ravenclawu.
- Coś się stało Sally? - zapytał chłopak z lekkim przerażeniem w głosie. - Jeżeli to znowu ten West, to tym razem mu się nie upiecze - powiedział bardzo poważnym tonem.
Blondynka wpakowała mu się na kolana.
- Zdobyłam 10 punktów na transmutacji i to dzięki tobie!
- Zaliczyłaś to zaklęcie?! To wspaniale! - odetchnął z ulgą, że nie będzie jednak musiał grozić żadnemu drugoklasiście.
Odtańczyli swój dziki taniec radości i opadli na kanapę przed kominkiem. Większość Krukonów nie zwracała już na tą dziwaczną parę przyjaciół uwagi. Wszyscy dobrze wiedzieli, że ten „przystojniak” Mark trzyma z tą „małą” Sally. Takie sceny były tutaj na porządku dziennym, więc, po co zwracać na nie uwagę?
- Siema! - krzyknęła Sally wchodząc do dormitorium szóstoklasistów z Revenclawu.
- Cześć - odpowiedział Mark z nad jakiejś wielkiej książki.
- Co czytasz? - zapytała pakując się na jego łóżko, co było równoznaczne z wpakowaniem się Markowi na nogi.
- Książkę.
- Tyle to widzę. Pytam jaką?
- Grubą - powiedział i wystawił przyjaciółce język.
Drzwi od łazienki otworzyły się i stanął w nich Steven, współlokator Marka, w samym ręczniku.
- Mark nie widziałeś... O, cześć Sally - chłopak spalił buraka, chwycił pierwsze lepsze ciuchy i zamknął się z powrotem w łazience.
Dwójka przyjaciół wybuchła głośnym śmiechem. Biedny Steven zawsze wybierał nieodpowiednią porę na kąpiel.
- Kręć się ze mną! - krzyknęła Sally kręcąc się wokół własnej osi.
Liście spadające z drzewa wirowały razem z nią, popychane lekkim wiatrem.
- Myślisz, że siódmoklasiście to wypada?
- Czemu nie? - zatrzymała się na chwilę.
- Nie wiem - Mark zszedł z drzewa i odłożył aparat na trawę.
- To jak będzie?
- Po twojemu! - złapał trzynastolatkę za ręce i zaczęli kręcić się razem.
Po chwili padli zmęczeni pod drzewem, a wrześniowe słońce świeciło na nich przez spadające złote liście.
- Nie wiem, co będzie jak cię zabraknie... - zaczęła ze smutkiem Sally.
- Za kumplujesz się w końcu ze swoimi współlokatorkami - stwierdził inteligentnie chłopak.
- Coś ty! Z tymi pustakami? Nigdy!
- No to... Nie wiem...
Kolejne zabójstwa
Wczoraj pracownicy Ministerstwa Magii znaleźli kolejną rodzinę zabitą we własnym domu. Tym razem ofiarą padli Peter i Anna May, prowadzący małą kawiarenkę na Pokątnej i ich córka Sally May, uczennica trzeciego roku Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, która właśnie wróciła do domu na ferie zimowe. Prawdopodobnie...
Mark nie czytał dalej. Myśl, że nie zobaczy więcej swojej „małej” Sally napełniła jego serce pustką.
- Tak mi przykro, stary - próbował go pocieszyć Steven.
On jednak nie słyszał. Wstał i wyszedł. Potrzebował po prostu iść. Prosto przed siebie...Skomentowano 0 razy
Szablon
Grafika i HTML wykonane przez autorke, tylko i wyłacznie dla tego bloga. Użyte zostało zdjęcie znalezione
tutaj.
Nie musisz krasć, możesz ładnie
poprosić.